Artykuły Historia i cele szkolnictwa polonijnego

„Nigdy niezapomniany Jureczek” – rozmowa o losach polskiego Olimpijczyka Jerzego Waleriana Brauna (1911-1968), miejscu jego pochówku i upamiętnieniu

image_pdfPOBIERZ PDFimage_print

Renata Jarecka,

„Nigdy niezapomniany Jureczek” – rozmowa o losach polskiego Olimpijczyka Jerzego Waleriana Brauna (1911-1968), miejscu jego pochówku i upamiętnieniu

Rozmowa z Renatą Jarecką, założycielką Polskiej Szkoły Sobotniej w Crawley i inicjatorką renowacji grobu olimpijczyka, karpatczyka i tobrukczyka, Jerzego Waleriana Brauna.

– Jak zaczęła się Pani emigracyjna historia?

Początek moich doświadczeń emigracyjnych sięga roku 2007, kiedy z dwójką najmłodszych dzieci przyjechałam do męża pracującego w Londynie z krótką wizytą. Podjęliśmy wtedy szybką decyzję, że życie rodzinne prowadzone na dwa domy nie sprawdzi się nam na dłuższą metę, dlatego postanowiliśmy spróbować życia w Wielkiej Brytanii.

– Warto było spróbować?

Z perspektywy czasu – tak, ale początki były dla nas piekielnie trudne. Doświadczyliśmy serii zdarzeń, które miało za sobą wielu Polaków na emigracji – od problemów finansowych, przez oszustwo landlorda i zagrożenie bezdomnością – ale trafiliśmy też na dobrych ludzi, dzięki którym udało nam się wyjść z tarapatów.

– I wtedy założyła Pani polską szkołę?

Najpierw cieszyłam się z macierzyństwa, bo moja córeczka miała niecały rok, jak zaczęliśmy to nowe życie, a prócz niej syn Hubert zaczął klasę 1 w szkole angielskiej, a dwaj najstarsi synowie poszli do szkoły średniej. Poznawałam więc język angielski i system edukacji brytyjskiej razem z własnymi dziećmi, a jednocześnie też wnikałam w środowisko polonijne – szkolne i parafialne.

Wśród młodej Polonii zgromadzonej w Crawley pojawiały się takie głosy, że nic się tu nie dzieje, że nie mamy szkoły polonijnej jaką ma „polski Londyn”, więc bieg zdarzeń, wcale przeze mnie nieplanowanych, spowodował, że to wkrótce właśnie ja dostarczyłam Polakom w naszym regionie zarówno informacji, jak i możliwości edukacji. Korzystając ze swojego doświadczenia dziennikarskiego i redakcyjnego założyłam gazetę lokalną w języku polskim – musiałam więc szukać informacji, by podać je dalej. Ja zajmowałam się słowem, a mój mąż obrazem. Szybko staliśmy się rozpoznawali w naszym środowisku polonijnym.

– A kiedy zaczęła założona przez Panią polska szkoła?

Ksiądz poprosił mnie o douczenie czytania grupy dzieci przygotowujących się do I Komunii. Ta grupka od 2010 r. spotykała się u mnie w domu, ale nagle zaczęli się zgłaszać do mnie także i inni rodzice zainteresowani nauką czytania i pisania w języku polskim, więc wspólnie z innymi rodzicami udało nam się znaleźć bardziej oficjalne miejsce spotkań i utworzyć The Polish Children Club, który stanowił zalążek polskiej szkoły. Po pierwszych wspólnych jasełkach zobaczyłam potencjał na coś więcej i zainteresowałam się formalnymi aspektami potrzebnymi do założenia oficjalnej szkoły sobotniej.

–   Czy już wtedy wiedziała Pani o grobie polskiego olimpijczyka pochowanego w Crawley?

Tak, to był mniej więcej ten sam czas. Te jasełka w kościele oraz w ogóle zaangażowanie się w sprawy parafii zbliżyły mnie do środowiska tzw. starej emigracji. Mnie też ciągnęło do tych osób, bo za nimi szły ciekawe historie, które spisywałam do gazety. I ktoś z nich opowiedział mi, że na cmentarzu w Crawley znajduje się grób polskiego olimpijczyka i żołnierza z 2 Korpusu gen. Władysława Andersa. Bez trudu odnaleźliśmy tę mogiłę, bo znajdowała się ona na skrzyżowaniu dwóch głównych alejek. Olimpijskie koła widoczne były ze ścieżki, ale dało się też zauważyć, że grób jest w bardzo kiepskim stanie. To było w roku 2011, a że jednym z moich koników jest fascynacja ważnymi rocznicami i datami, to jakoś mi się to szybko ułożyło w głowie, że gdyby udało się ten grób wyremontować w rok, to akurat wypadną w Londynie igrzyska olimpijskie, dzięki czemu można byłoby nadać rozgłos zbiórce pieniędzy.

– Od czego Pani zaczęła ten projekt?

Od poszukiwań rodziny naszego rodaka. Bez trudu znalazłam o nim podstawowe informacje – że był nie tylko zasłużonym sportowcem w wioślarstwie, ale też tobrukczykiem i karpatczykiem. Idąc tymi wojennymi tropami, okazało się, iż nie ma już żyjących członków rodziny Pana Brauna i że jest możliwość formalnego zaopiekowania się historycznym grobem przez polską społeczność.

– Inicjatywę tę poparła lokalna społeczność?

Szczerze mówiąc, zbiórka pieniędzy to była katastrofa. Ale nie poddałam się, lecz napisałam do Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej (RP), jak się sprawy mają i podpowiedziałam, że w olimpijskim roku 2012 warto byłoby przywrócić pamięć o wojennym bohaterze, zdobywcy dwóch olimpijskich medali w Los Angeles w 1932 r.

Ówczesna Pani konsul, Monika Panasiuk, gorąco poparła tę inicjatywę i wkrótce Crawley stało się jednym z miejsc, odwiedzanych przez delegacje z Ambasady RP, delegacje weteranów ze Związku Karpatczyków 3 Dywizji Strzelców Karpackich, członków grupy rekonstrukcyjnej First to Fight, działaczy sportowych oraz lokalnych władz. Na uroczystość odsłonięcia nowej płyty nagrobnej przybyli nawet: burmistrz Crawley oraz MP Henry Smith.

– Jakie korzyści, prócz samej renowacji nagrobku, zauważyła Pani po tej akcji?

To było naprawdę coś wielkiego i wspaniałego dla naszej Polonii zgromadzonej w Crawley. My wszyscy po prostu przy tym grobie się zintegrowaliśmy, wszyscy przy nim stanęliśmy. Uogólniam, że wszyscy – wszyscy, do których ta wiadomość dotarła – ale po latach widzę, że grób ten stał się takim naszym rodzinnym monumentem, przy którym Polacy stawiają się we Wszystkich Świętych, w Boże Narodzenie, a także przy okazji wizyt na lokalnym cmentarzu. Dzięki tej akcji zyskałam jeszcze większe zaufanie rodziców – z dziećmi przygotowaliśmy też wspaniały występ w języku angielskim dla brytyjskiej społeczności. Zostaliśmy też zaproszeni do POSK-u, gdzie nie tylko można było obejrzeć to nasze przedstawienie „Row The Boat” na temat polskiego wioślarza i żołnierza, ale spędzić z naszą ekipą cały dzień na różnego rodzaju grach i zabawach w ramach jednego z tzw. Przystanków Olimpijskich zorganizowanych w Jazz Caffe. Przewijający się przez POSK goście mieli także możliwość obejrzenia wystawy poświęconej Jerzemu Walerianowi Braunowi (urodzonemu 13 kwietnia 1911 r. w Bydgoszczy, zmarłemu 8 marca 1968 roku w Crawley, w Wielkiej Brytanii). Ekspozycja ta została następnie przeniesiona do Crawley Museum, gdzie można było przez kilka kolejnych miesięcy obejrzeć dzieje naszego rodaka.

– Widać, że było i jest to bardzo emocjonujące wydarzenie w Pani życiu?

Moje dzieci żartowały, że pochowają mnie tuż obok Jerzego Waleriana Brauna, bo on stał się moim drugim dziadkiem. Grobu mojego prawdziwego dziadka nie mogliśmy odwiedzać, więc to miejsce pochówku Jerzego Waleriana Brauna stało się dla nas czymś w rodzaju mogiły rodzinnej. Zapraszałam do odwiedzania jej Polaków, rodziców, dzieci ze szkoły i to zaowocowało tym, że dziś, kiedy już nie mieszkam w Crawley, nie muszę się martwić, że grób ten i pochowany w nim bohater zostanie zapomniany. Wypełniłam więc inskrypcję, którą wyryła żona – „kochany i nigdy niezapomniany Jureczek”.