Wywiad – Maria Konert z d. Parnak (Argentyna)

Dr Mirosław Olszycki, wywiad.

Bohater wywiadu: Maria Konert z d. Parnak.

Mieszkanka Wandy w Misones (Argentyna), przybyła do Argentyny wraz z rodziną w roku 1938.

Mój ojciec był radnym i czasami wyjeżdżał. Któregoś dnia przyjechał i powiedział, że musimy wyjeżdżać. Mama zapytała, gdzie? A do Argentyny, Hitler rozpęta wojnę. W Argentynie jest dużo miejsca, Polska jest 7 razy mniejsza, a ma więcej ludności. Trzeba było jechać do Warszawy, żeby wyrobić dokumenty, bo my przyjechali na kontrakt. W Warszawie podpisaliśmy ten kontrakt. Miał być w Argentynie domek drewniany, 5 kur, 1 prosiak i jeszcze coś, i miało być wycięte 1,5 hektara lasu. Tu była puszcza, selva, bo polski las, to można było biegać, i nisko jagody, a tu nic, co my przeżyli to tylko jeden Pan Bóg wie. Bardzo było dużo robactwa, jak myśmy tu przyjechali.

Ja wyjechałam ze swoją rodziną, męża poznałam dopiero tutaj, on także przyjechał ze swoją rodziną. Razem z nami jechało do Argentyny  7 rodzin. Najpierw płynęliśmy po Morzy Bałtyckim, trochę kołysało i przechodziliśmy morską chorobę. Płynęliśmy 3 dni i później przyjechali do Anglii.  Tam byli 4 dni. Długo nas nie trzymali, bo na kontrakt jechaliśmy. Pierwszy statek to był High Life Princess, a następny to był Patriot. Zatopili ich podczas wojny. My już wtedy byli w Argentynie. Z Anglii wypłynęli na Ocean i jechali 24 dni. Bo stawał w portach, można tam było coś kupić, dlatego tak długo. Statek dopłynął do Buenos Aires. Nas długo nie trzymali, bo w tym hotelu była wielka mizeria, to był hotel nędzy. Jedno cosido (żelba) i jeden galeta, to było nasze śniadanie. I co wtedy, a tu zimno. Nas zganiali na dół. Ktoś ich nauczył wołać, na dol.

Świtem zganiają na dół. I siedzim pod murem. I nie trzymali nas długo. I jedziem pociągiem. Te pociągi to były takie, że trzeba było głowę owiązać, bo mogło głowę urwać. Do Posadas. Tam nas przyjął jeden, on się pisał Klukas. On nas przyjął i wtedy, na Paranę. To już okręt Guayra. I jedziem, po obu stronach puszcza. Kobiety płaczą. Gdzie nas wieziecie? Ja w Polsce miała to, to i to, a tutaj, gdzie nas wieziecie? Nie trzeba było więcej gadać, bo i ojce byli zmartwione. No i, tym statkiem przyjechali do Wandy. Lądowali na Wandzie, w porcie. Z portu musieli iść jakiś kilometr, tam są jeszcze dzisiaj te wodospady. Taki hotel był, nędza, łóżka drewniane, domek skromniutki, tam my mieszkali, a później nas wiozą 35 km. I tak, jak pogoda, to i za dzień zajedziem, ale jak deszcz to 2 dni, bo droga taka wąska, mógł przejchać tylko jeden camion, samochód. A jak przyjechali to jakie robactwo, brakowało cukru, brakowało nafty, i dalej do roboty.

Mój ojciec przywiózł 2 wozy. W Wandzie dostaliśmy hektar ziemi, miał być wycięty las i spalony, ale gdzie tam. Trzeba było samemu. Drzewo mokre, nie chce się palić. Dzisiaj to drzewo ma wartość, jak cedro, a wtedy się paliło, bo gdzie zbyć? Tyle lat wstecz. Nie mieli motosierry, tylko te piły. Najpierw zrobili takie małe ognisko, a potem obcinali, rzucali. Nie było co jeść. Tylko jedno piecariso można było dostać i korned bef (suszona wołowina- przyp. aut.). Tak się najadłam, że nie można było tego już jeść. Bo jedno i to samo.

Jak przyjechaliśmy, to już nas w Wandzie spotkali Polacy, którzy tu byli. I tak nas przywitał, jeden wyszedł i mówi: – Ludzie, wy też przyjechali? Jak będzie wojna to myśmy wygrali, ale jak nie będzie wojny to myśmy przegrali.

No i na tym się skończyło. Bo później ludzie wyjeżdżali, gdzie kto mógł, po całej Argentynie szukali roboty. I nie łatwo było znaleźć wtedy, tyle lat wstecz. A ziemie paliliśmy ponad rok, tak było tam wszystko splecione. Gdzie wsadzisz coś? Jak już troszkę zaczęło gnić, to pierwsze sadzili kukurydze, taki groch, co można było go tak wsadzić, rodzić się rodziło, bo pole żyzne, bo tam jeszcze nikt nie sadził. Z Polski przywieźli wszystkie narzędzia, 2 wozy, i bronę i płóg, i wszystko, co do roboty. Wszystko na miejscu trzeba było złożyć. Wóz trzeba złożyć, ale czym? A ktoś gada, to ja kowal, nazywał się Kusy, już nie żyje, ona jeszcze żyje, pomógł złożyć ten wóz i jak kupili 2 konie, już z Wandy, moje ojce, i mogli dojechać na czakre (Chacra, pole- przyp. aut.) i pracować.

Dużo robactwa było. Teraz, to już rozmaite kremy  kładą na twarz, a my, kreolina (emulsja krezoli ze smoły pogazowej z mydłami żywicznymi, silny środek odkażający – przyp. aut.) ze smalcem. Tylko było nos widać i oczy. Nic tu nie można było pisać, tyle robactwa. Starszy człowiek szedł za swoją potrzebą i nie mógł. A rzeka tutaj, brudna, nie to, co w Polsce, gdzie widać było kamienie na dnie.

Rodzina mojego męża polskim okrętem przyjechała do Argentyny, chyba Puławski to był. Mąż przybył po wojnie. Ja miałam 14 lat, jak tu przyjechałam. Ja skończyłam szkołę powszechną w Polsce. Mówię po polsku, bo matka tylko po polsku, ojcie także…pamiętam w Polsce, jak matka gotuje, mnie każe uklęknąć i mówić pacierze. Tu młodzież polska  już tego nie szanuje. Moje dzieci już tak niemówią po polsku. Mojego syna zabili w Buenos Aires, on mówił najlepiej po polsku. Nie mogłamjechać na pogrzeb, bo akurat mnie operowali. Mam tylko jedną nerkę.

Jak przyjechaliśmy do Wandy, byli już tutaj polscy księża, był Zimny, Gwóźdź, Skowronek, wszystkich już nie pamiętam, ale na Lanusse piewsze postawili krzyż i zaraz budowali kościół. Taki Gałkowski był, on się tym zajął, ludzie pomagali i wybudowali. Do dziś on tam stoi, podobny do tego, który jest na Wandzie, Częstochowa się nazywa. Matka Boska Częstochowska.

Pochodzę z okolic Zamościa i  Biłgoraja. Nasza wioska to były Babice. Ja już nie pojechałam do Polski. Ale moja siostra, 83 lata miała i przyjechała tutaj. Ona już nie żyje. Była u mnie 3 miesiące. I trochę u innej siostry. No i co, zjedli obiad, powiedziałam, że teraz się położym trochę, a ona za siekierę i rąbie drzewo, 83 lata. Ona wtedy nie przyjechała z nami, bo była w innej wiosce, miała męża. W Polsce nauczona do roboty byłam. Tutaj żyje mi się dobrze, ale już nie mam zdrowia. Chcę pracować, ale nie mam siły.

Bardzo tęsknię za Polską, choć nigdy już tam nie byłam.  Ja pamiętam, co pisał Mickiewicz, Ojczyzno, ty jesteś jak zdrowie, jak cię trzeba cenić, to tylko ten się dowie, kto cię stracił!